mintafederal Posted Thursday at 03:24 PM Report Posted Thursday at 03:24 PM Jestem artystą. No, może nie takim, który wystawia w galeriach, ale takim, który maluje obrazy na zamówienie – portrety psów, kotów, czasem dzieci. Prowadzę mały profil na Instagramie, mam może dwa tysiące obserwujących. Żyję z tego, ale na granicy. Czasem miesiąc jest dobry, a czasem – jak teraz – zastanawiam się, czy nie wrócić do pracy w markecie budowlanym. Tamten kryzys trwał już trzeci miesiąc. Zamówienia wyschły, ludzie nie wydają na sztukę w czasie drożyzny. Siedziałem w pracowni (czytaj: w kącie sypialni) przed sztalugą, ale farby stały sucha, bo nie miałem siły nawet ich otworzyć. W głowie miałem obraz, który chciałem namalować dla siebie – coś dużego, ekspresyjnego, z demonami i aniołami. Ale nie mogłem zacząć. Blokada. Absolutna, całkowita blokada. W nocy nie spałem. Przewracałem się z boku na bok, a żona (która zarabia jako księgowa) mówiła: „Kochany, weź się za coś innego. Możesz dorabiać w Castoramie”. I wiedziałem, że ma rację. Ale nie o to chodziło. Chodziło o to, że bałem się, że już nigdy nic dobrego nie namaluję. I wtedy, któraś z kolei bezsenna noc, wziąłem telefon. Przeglądałem Reddita, potem jakieś fora o sztuce. Jeden z wątków zboczył na temat hazardu. Gość pisał, że czasem, gdy brakuje mu adrenaliny, wchodzi na kasyno, ale nie po pieniądze – po to, żeby „przetrzepać głowę”. Zainteresowało mnie to. Nie grałem nigdy w kasynie. Może raz, w młodości, jakieś jednorękie bandyty w pubie. Znalazłem w Google frazę. I zaraz wyskoczyły różne promocje, w tym coś o vavada kody. Kody promocyjne, darmowe spiny, bonusy bez depozytu – brzmiało to wszystko jak język obcy. Ale jeden z kodów obiecywał 50 darmowych spinów bez wpłaty. Pięćdziesiąt. Za nic. Pomyślałem: to nie może być prawda. A jednak. Zarejestrowałem się w dwie minuty. Wpisałem kod, który znalazłem na jednym z forów (był aktywny, do dziś nie wiem, jak to możliwe). Dostałem spiny do automatu o tematyce wikingów. Kliknąłem – i oglądałem, jak maszyna kręci się sama, a ja nie ryzykuję ani grosza. Dwadzieścia spinów – nic. Trzydzieści – 4 zł. Czterdzieści – 12 zł. Byłem już znudzony, kiedy na ostatnich pięciu spinach – nagle – maszyna eksplodowała. Bonus. Darmowe spiny w bonusie. Wygrane zaczęły się mnożyć. 20 zł, 50 zł, 120 zł. Zatrzymało się na 330 zł. Z darmowych spinów. Z kodu, który dostałem ot tak. Siedziałem w łóżku o 3 nad ranem, a żona chrapała obok. Nie mogłem uwierzyć. Sprawdziłem regulamin – kod był bez wymagań obrotu, wygraną można wypłacić od razu. I tak zrobiłem. 330 zł na koncie bankowym w kwadrans. Przez chwilę myślałem, że to jakiś sen. Ale pieniądze były prawdziwe. Zamknąłem telefon, położyłem się i w końcu – zasnąłem. I obudziłem się rano z dziwnym uczuciem. Nie euforią. Nie radością. Tylko takim spokojem, że „coś się udało”. Poszedłem do pracowni. Spojrzałem na sztalugę. I wziąłem pędzel. Bez myślenia, bez analizowania. Po prostu zacząłem kłaść farbę. Nie był to mój wielki obraz z demonami i aniołami – to był portret jamnika, zamówienie od klientki z Poznania. Ale malowałem go inaczej niż zwykle. Szybciej. Śmielej. Z większą radością. Skończyłem go w dwa dni. Klientka była zachwycona. Dostałem przelew – kolejne 400 zł. I wtedy pomyślałem sobie, że ten głupi kod, te darmowe spiny, nie przyniosły mi tylko trzystu złotych. One przyniosły mi klucz. Klucz do mojej własnej blokady. Przez kolejne tygodnie sprawdzałem, jakie są dostępne vavada kody. Nie wszystkie działały. Niektóre dawały małe bonusy – 10 zł, 20 zł. Raz trafiłem kod na 100 spinów, ale wymagali obrotu x30 i nic z tego nie wyszło. Szybko nauczyłem się odróżniać promocje warte uwagi od tych z haczykami. Ale to nie o kodach chodziło. Chodziło o rytuał. Wieczorem, po całym dniu malowania, siadałem z herbatą, sprawdzałem, czy jest jakiś nowy kod, wpłacałem małą kwotę – 50 zł, 100 zł – i grałem godzinę. Dla adrenaliny. Dla tego momentu, gdy maszyna staje w miejscu, a ty czekasz na wynik. Nie zawsze wygrywałem. Często przegrywałem. Ale nigdy więcej nie wpłaciłem więcej, niż mogłem stracić. To stało się moją zasadą. Hazard jako urozmaicenie, nie jako sposób na zarobek. I dziwnym trafem – moja praca poszła do przodu. Zamówienia wróciły. Może to zbieg okoliczności. A może po prostu potrzebowałem czegoś, co całkowicie odciągnie myśli od sztuki, żeby potem móc do niej wrócić z nową energią. Dziś mój wielki obraz z demonami stoi w salonie. Skończyłem go w styczniu. Wisi nad kanapą, żona mówi, że jest „taki trochę straszny, ale ładny”. Namalowałem go w dwa tygodnie, pędzel mi latał po płótnie, jakbym gonił kolejną wygraną. I wtedy zrozumiałem, że hazard i sztuka mają coś wspólnego. W obu przypadkach stawiasz coś na szali. W obu przypadkach możesz przegrać. Ale gdy wygrywasz – to uczucie jest bezcenne. Nie polecam Wam hazardu. Ale polecam Wam znalezienie swojego rytuału. Czegoś, co wybija Was z kolein. Dla mnie to były kody promocyjne i nocne spiny. Dla Was może to być bieganie, gotowanie, taniec. Tyle że w moim przypadku – czasem przy okazji wpadało parę złotych. A dobre i to. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.